Życie na bombach


<b>(WROCŁAW) Ostatnia odprawa w deszczu. Saperzy zajmują wcześniej wyznaczone stanowiska. – 901, teren czysty – słychać w krótkofalówce. Zapalnik przygotowany do uruchomienia. Gdzieś tam pod ziemią ogromny ładunek czeka na zdetonowanie. Za chwilę wielki huk przeszyje wilgotne powietrze. Czekamy. Już!</b><br>
Po mokrej trawie toczą się spokojnie dwa samochody. W wojskowym starze na wyściełanej piaskiem i trocinami ziemi leżą niewypały. Samochody zatrzymują się przed niewielkim zagajnikiem. Tu, między Krynicznem a Maliną, saperzy zawsze detonują znalezione niewybuchy. Codziennie pojedyncze sztuki, a raz w tygodniu większą ilość. <br>
- Nie ma dnia, żebyśmy kilka razy nie jechali do jakiegoś meldunku. Ludzie ciągle znajdują niewypały. Dla nas tak naprawdę wojna jeszcze się nie skończyła – mówi starszy chorąży Przemysław Parol. – Dzisiaj detonujemy trochę większą ilość ładunków, stąd taki spory dół. Siła rażenia tych niewypałów to około 1,5 km, dlatego musimy być bardzo ostrożni. <br>
Dół wypełnia się powoli granatami, amunicją, minami. Saper, jakby odprawiał jakiś rytuał, wolno układa obok siebie niewypały. Jeszcze kostki trotylu, zapalniki i żołnierze zaczynają powoli zasypywać okop.<br>
- Delikatnie i po ściankach – mówi spokojnym głosem starszy chorąży. – Dobrze, że tylko lekko pada, bo jakby była burza musielibyśmy wszystko przerwać. Takie przepisy, a w tym fachu trzeba je bezwzględnie przestrzegać.<br>
Szef patrolu saperów opowiada, jak w 1973 roku podczas akcji zginęło 4 saperów. – Do dzisiaj nie wiadomo, co właściwie się wtedy stało, ale to jeszcze jeden dowód, że musimy być niesamowicie czujni. W tym zawodzie właśnie strach jest świetną mobilizacją, a każdy kto się nie boi, nie może być saperem. Od wybuchu niewypałów ginie jednak ciągle najwięcej dzieci – komentuje chorąży.<br>
Wrocławscy saperzy mają pod sobą aż 9 powiatów. W zeszłym roku zdetonowali ponad 16 tysięcy sztuk różnego rodzaju ładunków.<br>
- Od Kłodzka aż po Milicz, Trzebnicę, Oławę i Wrocław. Za taki ogromny obszar odpowiadamy przez 24 godziny na dobę. Zdarza się jednak, że jesteśmy wzywani do jakiegoś znaleziska po południu. Nie ma wtedy możliwości, by jeszcze tego samego dnia zdetonować niewypał – tłumaczy saper. – Ludzie nie wiedzą, że przepisy zabraniają nam robić cokolwiek po zmroku. Zresztą byłoby to bardzo niebezpieczne. Dlatego czasem niewypał musi leżeć całą noc w miejscu, gdzie został znaleziony. Za jego zabezpieczenie odpowiada już wtedy policja.<br>
Saperzy wszystkie niewypały detonują w okolicach Kryniczna. To jedyne miejsce, które wyznaczył wojewoda dolnośląski. <br>
- Porobiliśmy tu nawet specjalne bunkry wzmocnione blachą i drzewem. Były tak skonstruowane, że wybuch mogła rejestrować z powodzeniem kamera. Jednak prawdopodobnie okoliczni mieszkańcy wszystko rozkradli. Ostatnio znajdujemy w lejach nawet sterty śmieci. Dla nich to przecież idealne wysypisko – skarży się starszy plutonowy Ryszard Szuba.<br>
W życiu prywatnym saper tak naprawdę nie różni się niczym specjalnym od innych ludzi.<br>
- Mimo, że stajemy każdego dnia niemal na granicy życia i śmierci, dom pozwala nam wszystko odreagować. Nasze żony nie zdają sobie chyba do końca sprawy z tego, jaka jest to praca. Zresztą z reguły o tym się nie mówi. W duchu muszę jednak przyznać, że kobieta czuje chyba podświadomie, kiedy dzieje się coś bardzo stresującego. Taka babska intuicja – wyznaje saper.<br>
- W naszym fachu mamy na to jedno określenie. Saper tak naprawdę myli się jednak dwa razy. Pierwszy, kiedy się żeni – śmieje się starszy chorąży Przemysław Parol.<br>

Autor artykułu: Paweł Pardela

Comments are closed.