Archive for the ‘Archiwa z Prasowej Archiwistyki’ Category

Oszustwa w genach?

Friday, October 12th, 2001

(WROCŁAW) Zarzut wyłudzenia prawie 5 milionów złotych kredytów postawiła prokuratura córce byłego posła Kongresu Liberalno-Demokratycznego Zenona M. 23-letnia Katarzyna, jako prezes spółki, zaciągnęła w ubiegłym roku kilka pożyczek. Zdaniem prokuratury, kredytów nie zamierzała spłacić.

- Katarzyna M. była prezesem zarządu firmy Alfa – mówi Marek Szczęsny, prokurator prowadzący sprawę. – Prokurentem w przedsiębiorstwie był jej ojciec, Zenon M. W ubiegłym roku kobieta zaciągnęła kilka kredytów w oparciu o nierealne gwarancje spłaty, na przykład weksle bez pokrycia. Pożyczek udzielił jej Bank Przemysłowo-Handlowy w Gubinie. Dyrektor banku został już tymczasowo aresztowany. Mężczyzna jest podejrzany o niedopełnienie obowiązków służbowych i spowodowanie szkody w firmie. (more…)

Zabrakło na wódkę?

Friday, October 12th, 2001

(WROCŁAW) Stanisław G. nie chciał dać podpitym kibicom drobnych na wódkę. Dlatego został pobity i wyrzucony z pociągu. Zginął na miejscu. Wczoraj zapadł wyrok na sprawców jego śmierci: 15 lat więzienia. Wyrok jest prawomocny.

- Nie chcę spędzić całego życia w kryminale, za coś czego nie zrobiłem! Nie jestem święty, ale nie ja go zabiłem! – przekonywał sąd pierwszej instancji Krzysztof J. – jeden oskarżonych.
W zapewnienia te sąd jednak nie uwierzył i skazał 19-latka na 15 lat więzienia. Wczoraj sąd apelacyjny podtrzymał ten wyrok. Odrzucił tym samym wniosek prokuratora, którzy domagał się uznania, że czyn, jakiego chłopak dopuścił się wspólnie z kolegą, zasługuje na szczególne potępienie i wymierzenia kary 25 lat pozbawienia wolności.
Świadek bez twarzy
O winie Krzysztofa J. i Andrzeja P. przesądziły zeznania mężczyzny, który twierdził, ze był bezpośrednim świadkiem tragedii, do jakiej doszło w pociągu.
- Andrzej P. powiedział, że idzie zbierać pieniądze od pasażerów. Za chwilę wrócił i krzyknął: chodźcie, bo jakiś gość furczy! Potem widziałem, jak z Krzysztofem J. bili go i wypchnęli z pociągu – takie zeznania złożył podczas śledztwie.
Potem nikt go nie widział. Adam H. ukrwał się – twierdził, że z obawy o własne życie. Ten fakt był koronnym argumentem adwokatów obu oskarżonych, którzy domagali się uniewinnienia. Tego również żądali znajomi i krewni, którzy tłumnie przychodzili na proces.
Kto opowiada brednie?
- Adam H., opowiada brednie! Może kogoś kryje? A może sam brał udział w tym morderstwie? – przekonywał sędziów wrocławskiego sądu okręgowego 31-letni Andrzej P., drugi z oskarżonych.
- W tym pociągu jechało 70 kibiców, a zatrzymali tylko ich dwóch! – mówiła Maria Jamowska, matka Krzysztofa J. – Kiedy pytałam policję, dlaczego, usłyszałam: kozły ofiarne muszą być!
Sąd I instancji stwierdził jednak, że inne dowody i zeznania pozostałych świadków potwierdzają to, co mówił Adam H. Dlatego w kwietniu 2001 roku uznał kibiców winnymi śmierci Stanisława G. i skazał ich na 15 lat więzienia. Wczoraj sąd apelacyjny potrzymał to orzeczenie. Wyrok, który zapadł wczoraj jest prawomocny. To znaczy, że oskarżeni nie mogą się od niego odwołać, a jedynie zwrócić o kasację do Sądu Najwyższego.


Zabrakło na wódkę
Tragedia, która doprowadziła Krzysztofa J. i Andrzeja P. na ławę oskarżonych, wydarzyła się 21 sierpnia 1999 roku w pociągu jadącym z Wrocławia do Zamościa. Pociąg był pełen kibiców. Jechali na mecz. Wśród nich byli Krzysztof J. i Andrzej P.. Jak wielu innych pili tego dnia alkohol. Kiedy wódka się skończyła Andrzej P. wymyślił, że dalsze picie sfinansują pasażerowie. Zaczął wymuszać po kilka złotych. Stanisław G. odmówił. Za to został pobity i wyrzucony z pociągu koło Olesna. Taką przynajmniej wersję wydarzeń przyjął sąd. Feralnego dnia Stanisław G. wracał do domu. Miał jechać do Niemiec, ale celnicy cofnęli go z granicy. Miał 39 lat.

Autor artykułu: Izabela Czuban

Jednak potrafią

Thursday, October 11th, 2001

Zawodnicy Idei Śląska Wrocław udowodnili, że potrafią grać w koszykówkę, muszą tylko chcieć. W meczu inaugurującym rozgrywki Euroligi wrocławianie pokonali na wyjeździe belgijskie Spirou Charleroi 71:53. Już dawno nie oglądaliśmy tak walczących i efektownie grających mistrzów Polski. – Dzięki koncentracji zagraliśmy wreszcie dobry mecz i udowodniliśmy, że – mam nadzieję – będziemy się liczyć w tych rozgrywkach- mówił po meczu szef Idei Śląska, Grzegorz Schetyna.

Czwartkowe spotkanie zostało rozegrane w namiocie i nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady. Hala w Charleroi nosi nazwę „La Coupole”, co po polsku znaczy po prostu kopuła. I właśnie taka kopuła, zrobiona z materiału, z jakiego robi się namioty znajduje się nad parkietem belgijskiego klubu. W tym gigantycznym namiocie mecze może oglądać nawet 4 tysiące widzów, a z tego co zapowiadają działacze Spirou niedługo na trybunach będzie mogło zasiąść 7 tysięcy fanów basketu. W czwartek do Charleroi przybyło ośmiu kibiców z Klubu Wesołego Kibica, którzy przez cały czas starali się wspierać swoich pupili.

Bez strat

A wrocławianie grali jak nigdy w tym sezonie. Pierwsza kwarta to popis mistrzów Polski, którzy praktycznie nie popełniali strat. Wreszcie z bardzo dobrej strony zaprezentował się Michael Hawkins, którego asysty były przedniej marki. Po pierwszej kwarcie wrocławianie prowadzili już 28:13. W drugiej części gry było trochę gorzej, ale fatalnie trafiający gospodarze (do przerwy 50% z rzutów wolnych) nie byli w stanie dogonić Śląska.

Deska Einikisa

O wyniki meczu zadecydowała trzecia kwarta (wygrana przez Śląsk 19:11), a szczególnie dobra postawa naszych wysokich graczy. Andriej Fietisow trafiał jeśli trzeba, nawet z dziewięciu metrów, natomiast Gintaras Einikis niepodzielnie panował na tablicach, trafiając nawet za trzy punkty. Gospodarze nie byli już w stanie nic poradzić na rozkręcajacy się z minuty na minutę Śląsk. Obraz gry zmienił się lekko dopiero w czwartej kwarcie, kiedy na parkiecie pojawili się wrocławscy rezerwowi.

Autor artykułu: Tomasz Hucał, Charleroi

Historia Brochowa

Thursday, October 11th, 2001

Dawna osada położona osiem kilometrów na południowy wschód od Wrocławia, była własnością wrocławskiego klasztoru Augustianów, zwanych też Kanonikami Regularnymi na Piasku, mocą nadania jej przez papieża Celestyna III w 1193 roku. W dokumencie tym została, prawdopodobnie po raz pierwszy, zapisana ówczesna nazwa wsi: Prochov. Mieszkańcy osady zostali przypisani wrocławskiej parafii św. Maurycego.
Brochów pozostał w rękach klasztornych aż do roku 1810, kiedy to w całych Prusach została przeprowadzona sekularyzacja dóbr kościelnych. Po połączeniu, jeszcze w wiekach średnich, z sąsiadującą od południowego wschodu wsią Buchta, Brochów odgrywał ważną rolę jako dostarczyciel produktów rolno-spożywczych dla Wrocławia. W XVII wieku mieszkańcy wsi hodowali głównie warzywa, które sprzedawali w mieście, a nieco później zajęli się także hodowlą owiec.
Pałac miał trzy skrzydła. W roku 1733 opat Augustianów w latach 1724-1735) Siegesmund Passoni (Sigismundus Passoni) zbudował elegancką, aczkolwiek skromną, utrzymaną w stylu barokowym, letnią rezydencję dla przełożonych klasztoru. Na miejsce jej posadowienia wybrał południowo-zachodni kraniec wsi. Rysunki, powstałe w trakcie budowy, pokazujące widoki zewnętrzne budowli, rzuty parteru i piętra zostały umieszczone w wydanej w 1740 roku książce Heinricha Reißa. Pałac miał trzy skrzydła, środową wieżę, dwie kondygnacje i nakryty był siodłowym dachem. Elewacje artykułowane były gzymsami i gzymsem gurtowym. Przed skromną elewacją ogrodową z balkonem założono piękny barokowy ogród, wzorowany na francuskich przykładach podobnych założeń. Osie wyznaczały dwie krzyżujące się, wysypane żwirem aleje, z których jedna prowadziła prosto nad strumień, stanowiący, jednocześnie granicę całego założenia. Ogród wypełniały ornamenty z krzaków bukszpanu oraz drewniane kosze z drzewkami pomarańczowymi. Na skraju ogrodu została zbudowana oranżeria, a także, z niewiadomych powodów rozebrany w 1749 roku, tak zwany Domek Ananasowy (ananasy, jako drogocenne owoce były sprowadzane do Wrocławia już w 1702 roku). Wzdłuż alei poprzecznej stało, w równych odstępach, 12 kamiennych figur, umieszczonych na piaskowcowych postumentach – dzieła, prawdopodobnie autorstwa Siegwitza lub Urbańskiego.

W roku 1900 wrocławski architekt Erich Grau dokonał przebudowy pałacu. Zachodnia część budynku została ze sobą złączona, wieża zwieńczona nowym miedzianym hełmem, tylne klatki schodowe umieszczone w półokrągłych wieżyczkach, poddasze-przebudowane, a dach przełożony nową, dachówką. Było to założenie trójskrzydłowe, dwukondygnacyjne, z poddaszem, z trójkondygnacyjną wieżą na planie kwadratu, nakryta ośmiobocznym hełmem. Ozdobny portal z dwuskrzydłowymi, ozdobionymi motywem liści akantu drzwiami, prowadził do wnętrz rezydencji, pochodzących z roku 1800. Pomieszczenia, umieszczone na parterze nakryte były drewnianymi stropami, na pierwszym piętrze – stropem lustrzanym. Pokoje znajdujące się po stronie południowo-zachodniej ozdobione były malowidłami wykonanymi techniką zwaną en grissaille, czyli naśladującą, w kolorach białym i czarnym dekorację rzeźbiarską. Na miejscu bukszpanowych rabat powstał angielski park krajobrazowy ze stawem i strumieniem. Wspomnieniem dawnej świetności jest dawny trakt wjazdowy do pałacu, obsadzony dwustuletnimi lipami.
Pałac należał w latach 1834 – 1945 do rodziny Walterów. Ostatnim właścicielem był Franz Walter. Kiedy 18 lutego 1945 roku Brochów został zdobyty przez oddziały Armii czerwonej, pałac został splądrowany, a następnie doszczętnie zniszczony.
Znaczenie coraz liczniej zamieszkałej wsi wzrosło wraz z otwarciem w 1842 roku odcinkiem kolei żelaznej na trasie Wrocław-Brochów-Oława, a zwłaszcza z powstaniem, pięćdziesiąt lat później, dużej stacji rozrządowej wraz z osiedlem domków, przeznaczonych dla pracowników kolei. W tym czasie powstała również Brochowska Kasa Budowlano-Oszczędnościowa, która zbudowała kilkadziesiąt mieszkań dwu- i trzypokojowych, przeznaczonych dla robotników.
Jednocześnie zaczęło powstawać w okolicy obecnych ulic Warszawskiej (Winklerallee) i Biegłej (Kirchstraße), osiedle willowe, przeznaczone dla grupy urzędników. Jeden z domków, stojący przy ulicy Warszawskiej 1 zaprojektowany został, prawdopdobnie przez samego Hansa Poelziga, dla lekarza Alfreda Kolsky`ego, w typie „Landeshausu”, czyli domu wiejskiego w mieście.
W 1902 roku powstała na Brochowie szkoła ludowa, która po 1945 roku została zaadaptowana na szpital ginekologiczno-położniczy, obecnie jeden z najnowocześniejszych w Polsce.
W pierwszych latach XX wieku wybrukowano brochowskie ulice i kontynuowano budowę tanich, otoczonych ogródkami, domków jednorodzinnych.
W latach 1910 i 1911 powstały kolejno: neorenesansowy kościół protestancki, w którego pozostałości mieści się obecnie apteka szpitalna oraz neoromański kościół katolicki. Oba zaprojektował Oskar Hossfeld z Berlina. Nie istniejący już, niestety, kościół ewangelicki pod wezwaniem św. Ducha, stał pomiędzy ulicami: Warszawską i Węgierską (Schulstraße). Jego bogato dekorowane polichromią i nakryte drewnianym sklepieniem kolebkowym, wnętrze miało dwie, różnej szerokości nawy, z których węższa posiadała, niezbędną w kościele protestanckim, emporę. Bryłę kościoła wzbogacała wysoka wieżą, zwieńczona dwukondygnacjowym hełmem.
Zachowany do dzisiaj w dobrym stanie, katolicki kościół parafialny p.w. św. Jerzego i Podwyższenia Krzyża Świętego, stojący przy ulicy Biegłej 3 jest trójnawową bazyliką zbudowaną na planie krzyża łacińskiego, murowaną i otynkowaną.
Dalsza rozbudowa willowej części Brochowa, miała miejsce w latach 1926-1939. W jej projektowaniu brał udział, miedzy innymi, znany wrocławski architekt Heinrich Lauterbach. Powstało kolejne, podmiejskie założenie willowo-ogrodowe, chętnie zasiedlane ze względu na niskie ceny podmiejskich gruntów.
Przed samą drugą wojną światową Brochów uzyskał prawa miejskie. W czasie walk w 1945 roku uległ poważnemu zniszczeniu, nie do końca jeszcze zrekompensowanemu. Brochów został przyłączony do Wrocławia dopiero w roku 1951.

Obecnie należy do dzielnicy Wrocław-Krzyki i graniczy z Księżem Wielkim, Jagodnem i Tarnogajem. Większość granic osiedla wyznaczają tory kolejowe.

Tajemnicze zakątki Brochowa
Kościół parafialny pod wezwaniem św. Jerzego i Podwyższenia Krzyża Świętego na Brochowie, przy ulicy Biegłej 3.
Jedyny zachowany neoromański kościół we Wrocławiu.
Zaprojektował go, wybrany do tego zadania „odgórnie”, pracownik Ministerstwa Robót Publicznych w Berlinie, autor podręcznika budowy kościołów, Oskar Hossfeld.
Budowa, prowadzona przez mistrza budowlanego Dobermanna trwała od roku 1910 do 1911.
Trójnawowa bazylika posiada wspaniałą wieżę – dzwonnicę, przypominającą romański masyw wieżowy, zwany westwerkiem, zachowany w wielu średniowiecznych budowlach sakralnych, osobliwie Nadrenii i Dolnej Saksonii. Zwieńczona wysokim, czterospadowym dachem, posiada po bokach dwa niższe aneksy, nakryte dachami dwuspadowymi. Elewacje wieży głównej i jej aneksów wieńczy rodzaj ażurowego fryzu arkadowego, utworzonego z szeregu dwudzielnym, typowych dla stylu romańskiego, okienek, zwanych biforiami. Dzwonnica posiadała trzy dzwony, odlane z brązu, z których dwa zostały przetopione w czasie pierwszej wojny światowej. Nowe zostały zawieszone dopiero kilka lat po jej zakończeniu. W masywie wieżowym znajduje się także chór muzyczny z prospektem organowym, w formie mocno wyładowanego drewnianego balkonu.
Monumentalny korpus kościoła posiada trzy nawy, z których środkowa jest najwyższa oraz nawę poprzeczną, zwaną transeptem.
Orientowany kościół posiada po stronie wschodniej absydę.
Murowany, grubo otynkowany kościół posiada dodatkowe elementy dekoracyjne, wykonane z piaskowca.
Bogatą dekorację malarską, utrzymaną jeszcze w duchu secesji wykonał niejaki Oetken z Berlina. Na drewnianym stropie nawy głównej ukazał on postać Mojżesza z czterema prorokami, nad transeptem – Chrystusa ze św. św.Piotrem i Pawłem, na pozłacanym sklepieniu konchy absydy – patrona kościoła, św. Jerzego. Zachował się także oryginalne ołtarze: główny i boczne oraz bardzo interesująca kamienna ambona z rzeźbionymi postaciami czterech Ojców Kościoła.
Witraże, umieszczone w oknach absydy wykonał, wyjątkowo, wrocławski artysta Karl van Treck.

Katolicki kościół na Brochowie przetrwał do dzisiaj.

Autor artykułu: Magda Szafkowska

Czy tam jest getto?

Thursday, October 11th, 2001

Nadal zwiedzamy Brochów. Prowadzą Lobo, Shayker i Jacek. W poprzednich odcinkach było dość wesoło. Dziś – trochę inaczej.

Na Brochowie mieszkają Polacy narodowości romskiej. Tak oczywiście nikt tutaj o nich nie mówi.
Romowie mieszkają w kilku budynkach położonych niedaleko pętli autobusowej. Nasi przewodnicy nazywają to miejsce gettem… Jak to oceniam? Ta nazwa jest po prostu fatalna. Ale funkcjonuje. I co można na to poradzić?
Poszliśmy w to miejsce. Stoją tam stare domy, na podwórkach bawią się dzieci – te ciemniejsze i jasnowłose. Są tam huśtawki i piaskownice, starsi ludzi rozmawiają – nic złego się dzieje. Na pierwszy rzut oka ta cześć miasta nie różni się specjalnie od reszty okolicy.

Autor artykułu: (TK)

Kalkulacja czyli „2 w 1”

Thursday, October 11th, 2001

PZU nie wydaje klientom protokołów oględzin uszkodzonego pojazdu, ale kalkulację kosztów naprawy podpisaną przez likwidatora. Kalkulacja częściowo jest sporządzana w technicznym języku niemieckim. Klient więc otrzymuje już na wstępie kosztorys naprawy. Dla wielu klientów PZU suma wyliczona w kalkulacji równa się wysokości wypłaconego odszkodowania.

Przed dwoma tygodniami Piotr G. został poszkodowany w kolizji drogowej. Ktoś najechał na tył jego samochodu. Pasażerom nic się nie stało, ale auto wymaga naprawy.
- Szkodę zgłosiłem w PZU, ponieważ tam był ubezpieczony sprawca. Likwidator obejrzał samochód pobieżnie, nie wydając mi protokołu oględzin ! – twierdzi Piotr G.
W zamian wydano kalkulację kosztów naprawy samochodu, sporządzoną częściowo w języku niemieckim.
- Nikt mi nie powiedział, które części zakwalifikowano do naprawy, a które do wymiany. Nie żądano ode mnie podpisu na kalkulacji. To tak, jakbym na wszystko się zgadzał – twierdzi zdenerwowany.
Piotr G. zdecydował się rozliczać bezgotówkowo. Odbiór odszkodowania zlecił wykonawcy naprawy.
-Wtedy otrzymałem kilka druków do wypełnienia i podpisu. Zaciekawił mnie jeden z nich. Jest to oświadczenie, które mówi o znajomości treści wszystkich protokołów oględzin… Jakich protokołów? Przecież żadnego nie otrzymałem! – dziwi się Piotr G.
Zróżnicowane stawki?
Z niektórymi zakładami naprawczymi PZU ma podpisaną umowę. Z innymi nie.
- No, i u mnie pojawił się problem. W kalkulacji jest uwzględniona średnia stawka roboczogodzinowa, jaką przyjmuje PZU. Mój wykonawca ma stawkę wyższą, więc teraz muszę dopłacić do naprawy szkody – twierdzi Piotr G.
Większość towarzystw ubezpieczeniowych wydaje protokoły oględzin, na których widnieje podpis likwidatora i klienta. Na podstawie protokołu sporządza się kosztorys według standardowych programów AUDATEX/EUROTAX albo weryfikuje się koszty naprawy pojazdu przedstawione przez wykonawcę, któremu naprawę zlecił klient. Wtedy też ustala się cenę robocizny.
- Co, moim zdaniem, jest dla klienta korzystniejsze – dodaje Piotr G.
Zdaniem PZU
Według PZU kalkulacja jest jednocześnie protokołem oględzin pojazdu (na dokumencie brakuje jednak takiego stwierdzenia!), ponieważ zawiera opis uszkodzonych elementów oraz ich kwalifikację do naprawy bądź wymiany.
- Wydając kalkulację usprawniamy pracę. Klient otrzymuje protokół i jednocześnie wstępną wycenę szkody, nie tracąc czasu na kilkakrotne przychodzenie do biura po odbiór kolejnych dokumentów – twierdzi Tadeusz Czyż, rzecznik prasowy Oddziału Okręgowego PZU S.A. we Wrocławiu. – A o drukach, które wspominają o protokołach oględzin, nic mi nie wiadomo.
Bezspornie?
W kalkulacji jest określona wysokość bezspornej części odszkodowania.
- Klient zawsze ma prawo się odwołać. Wtedy zostaną wykonane dodatkowe oględziny pojazdu i na podstawie faktur bądź kosztorysu sporządzonego przez wykonawcę, wysokość odszkodowania zostanie zweryfikowana. Gdy dowiemy się, że wykonawca zawyża stawki roboczogodzinowe, to mamy prawo sprawę skierować do sądu – wyjaśnia Tadeusz Czyż.
Nazwy niemieckie
Systemy AUDATEX bądź EUROTAX, w których sporządzane są kalkulacje, to systemy niemieckie.
- Nazewnictwo niemieckie stosuje się tylko w takim przypadku, kiedy nie ma polskiego odpowiednika nazwy danej części – wyjaśnia Tadeusz Czyż.
A nazwa musi być przecież precyzyjna…
Za dobrą monetę
- Może dla PZU kalkulacja i protokół oględzin to jedno i to samo. Ale dla zwykłego człowieka, taka kalkulacja może oznaczać też kosztorys konkretny i ostateczny. Na pewno większość osób zabiera kalkulację i do PZU już nie wraca, ponosząc przy tym dodatkowe koszty naprawy. Klient jest więc stratny, lecz szkoda zlikwidowana. W efekcie takich działań PZU nie musi podnosić składek ubezpieczeniowych, ponieważ nie wypłaca wysokich odszkodowań i robi to oczywiście, dla dobra klienta – podsumowuje Piotr G.

Autor artykułu: Joanna Jarocka

Będą zmiany?

Wednesday, October 10th, 2001

- Wypowiedź trenera Grotthusa, o tym, że miejsce szczypiornistów Śląska jest w środku tabeli dyskryminowała nas. Do niedzielnego meczu z MKS Końskie, sytuacja w klubie musi być klarowna. Zarząd WKS-u szuka teraz odpowiedzi na pytanie, czy trener będzie oddziaływać na tę drużynę? – powiedział Gazecie Wojciech Jankowski, prezes Śląska.

Na tradycyjnych zebraniach zarządu szczypiornistów Śląska Wrocław omawiano aktualną sytuację drużyny oraz polemizowano z wypowiedzią trenera Lecha Grotthusa, po ostatniej porażce z Warszawianką. – Zarząd klubu celuje w zdecydowanie inne miejsce w tabeli. Interesuje nas miejsce na podium. Uważamy, że nasi zawodnicy nie ustępują w niczym szczypiornistom Warszawianki. Problem w tym, że ci zawodnicy nie tworzą jeszcze zespołu. Do niedzielnego meczu z MKS Końskie (hala Orbita, godz. 17), sytuacja w klubie musi być klarowna. W tej chwili zarząd klubu poszukuje odpowiedzi na pytanie, czy trener Grotthus będzie miał oddziaływanie na tych chłopaków, aby zrobić z nich zespół – powiedział Gazecie Wojciech Jankowski, prezes Śląska.
- Włożyliśmy w przygotowanie drużyny zbyt wiele pieniędzy i zdrowia, aby zadowoliło nas miejsce w środku tabeli. Pytanie tylko, czy trener Grotthus będzie w stanie osiągnąć z tym zespołem, zakładane przez nas cele – dodał Arkadiusz Sikora, wiceprezes klubu. Tę opinie potwierdza tez menedżer Śląska, Jerzy Klempel: – Każdy z tych graczy otarł się o kadrę narodową. Brakuje w tej chwili kogoś, kto weźmie tę drużynę za kark i pociągnie zespół do przodu. Taki lider jeszcze się wyklarował w tym zespole – powiedział Klempel. Co na to zawodnicy? – Myślę, że potrzeba nam jeszcze trochę czasu, aby kilku nowych zawodników wkomponowało się w drużynę – powiedział Krzysztof Górniak, kapitan piłkarzy ręcznych Śląska.

Autor artykułu: Paweł Pluta

Inwestorzy wycofują się

Wednesday, October 10th, 2001

W noworudzkiej podstrefie Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej „Invest-Park” wciąż nie powstał ani jeden zakład pracy.

Wiadomo już, że jeden z inwestorów, który deklarował chęć wybudowania zakładu cukierniczego, wycofał się z podpisania aktu notarialnego na zakup 3 hektarów ziemi przy ul. Mała Kolonia (jedna z działek podstrefy).
Zupełnie pusta pozostaje działka należąca do noworudzkiej podstrefy przy ul. Spacerowej. Fabryki nie wybudował tam niemiecki koncern meblarski Steinhoff, a druga firma, która posiada pozwolenie na działalność gospodarczą w strefie ekonomicznej (miała przetwarzać ziarna kukurydzy), nie wystąpiła jak dotąd do urzędu miejskiego z wnioskiem o wydanie decyzji o warunkach zabudowy tego terenu.

Autor artykułu: (PIEL)

Gadają, nie załatwiają

Wednesday, October 10th, 2001

- To chyba nie jest rozprawa wodno-prawna, lecz prokuratorska – stwierdził Czesław Chuchro, dyrektor biura okręgowego Polskiego Związku Wędkarskiego w Wałbrzychu, gdy wynajęty przez mieszkańca Goszowa Jan Kuźmińskiego adwokat odczytał swoje wnioski.

Wczoraj w Urzędzie Miejskim w Stroniu Śląskim, gdzie odbyła się rozprawa, adwokat wnioskował o cofnięcie pozwolenia wodno-prawnego dotyczącego stawów w Goszowie i ukaranie PZW. Wcześniej urzędnicy uczestniczący w rozprawie pojechali do Goszowa na wizję lokalną stawów wybudowanych przez PZW.
Walczą bezskutecznie
Przypomnijmy. Jan Kuźmiński i pozostali mieszkańcy Goszowa od 1998 roku – jak dotąd bezskutecznie – walczą o rozebranie, bądź też wybudowanie zgodnie z przepisami stawów. W 1997 roku Goszów został zalany w wyniku przerwania wałów właśnie na stawach należących do PZW. Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego w Kłodzku wydał decyzję o natychmiastowym spuszczeniu wody i rozebraniu stawów. Motywował to tym, że stwarzają one zagrożenie dla mieszkańców Goszowa. PZW odwołał się od niej do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Sprawa nie została jeszcze rozpatrzona.
Już nie zagrażają
Zdaniem wędkarzy stawy nie stwarzają zagrożenia.
- Poprawiliśmy rów doprowadzający wodę do stawów. W przypadków dużych opadów, woda będzie omijała stawy – stwierdził podczas wizji Ryszard Chwal, szef koła wędkarskiego ze Stronia Śląskiego. – Nie ma zagrożenia.
Innego zdanie są jednak ludzie mieszkający poniżej stawów, którzy wytykają władzom PZW bardzo wiele niedociągnięć budowlanych i łamanie obowiązujących przepisów.

stawy.jpg
FOT. ROMUALD PIELA
Urzędnicy powiatowi i wojewódzcy dokonali wizji lokalnej stawów w Goszowie, a potem zawiesili rozprawę wodno-prawną. Mieszkańcy Goszowa musza dalej żyć w strachu.

Autor artykułu: Romuald Piela

Księżycowy artysta

Wednesday, October 10th, 2001

Sterta desek, jakieś rury, kilka starych, nieużytecznych metalowych przedmiotów – wszystko to można znaleźć na podwórku Darka Milińskiego, znanego w regionie artysty. – Tworzę z tego, co mam pod ręką – mówi.

- Nie stać mnie na zakupy drogich materiałów – mówi Dariusz Miliński. – Ale inspirujący jest każdy przedmiot, także pochodzący z tzw. śmietnikowych zbiorów.
Okolice jego domu otaczają dziwne dzieła. Przyjezdnych wita postać z drewna, umieszczona tuż przy drodze, w ogrodzie stoi gigantyczne metalowe łóżko, mogące pomieścić ze dwa plutony wojska.
Ostatnio zainteresowała się nim Wytwórnia Filmów Oświatowych w Łodzi. Przez tydzień w gospodarstwie „Pławna 9”, gdzie mieszka D. Miliński przebywała ekipa telewizyjna.
- Zainspirowałem się światem, w którym żyje Darek – mówi Andrzej Czulda, reżyser, zarazem autor scenariusza. – To nie będzie zwykły film dokumentalny. Nazwałbym to misterium.
Sceny kręcono były nie tylko w galerii artysty, ale w lwóweckim ratuszu i w Lubomierzu. Słowem – w świecie, w którym żyje artysta. Scenariusz filmu „Wpinanie Księżyca”, realizowanego dla TV Polonia, został pozytywnie zaopiniowany przez krytyków. Prawie wszyscy dali najwyższą notę. Premiera – w listopadzie.

Autor artykułu: Robert Zapora